Siedem kobiet w różnym wieku

Siedem kobiet w różnym wieku, reż.Krzysztof Kieślowski

Dokument Krzysztofa Kieślowskiego z 1978 roku, w którym reżyser zagląda na baletową salę treningową, by poznać cenę, którą artystkom przychodzi płacić za cieszącą oczy widzów lekkość i maestrię.

Twórczość Krzysztofa Kieślowskiego często bywała odczytywana w kluczu metaforycznym. O „Siedmiu kobietach w różnym wieku” Bożena Janicka pisała w „Filmie” w 1979 roku, że jest to „refleksja o przemijaniu, a także o tym, co w ludzkiej naturze najwartościowsze”. Z kolei Rafał Marszałek w „Kinie Krzysztofa Kieślowskiego” uważał, że ten krótki metraż to

Pozornie siedem biografii, w rzeczywistości analiza jednego biologicznego losu, jednej określonej egzystencji, zamkniętej, zawieszonej między młodzieńczymi nadziejami a przedwczesną rezygnacją.

W tym kontekście ciekawe może być skromniejsze przyjrzenie się temu, co po prostu widać na ekranie.

W każdej z siedmiu części, wyznaczanych przez kolejne dni tygodnia, kamera śledzi jedną baletnicę. Na początku towarzyszymy małej dziewczynce, na której twarzy podczas treningu widać jeszcze dużo spontanicznych emocji. Drugą kobietą jest dziewczyna prawdopodobnie nastoletnia, już dużo bardziej zdyscyplinowana i zdecydowanie ostrzej napominana przez nauczycielkę, krzyczącą, że uczennice pokazują „tępotę do granic”. Później oglądamy kolejno tancerkę ćwiczącą układ z partnerem; balerinę triumfującą na scenie; ponownie kobietę ćwiczącą z partnerem, tym razem nie dającą już rady (to Ewa Wycichowska, o czym później); przeziębioną tancerkę na zastępstwie za koleżankę (Alina Baranowska, jako jedyna w filmie wymieniona z imienia i nazwiska). Film zamyka scena, w której kamera śledzi nauczycielkę uczącą kolejne młode tancerki, kobietę w średnim wieku, a więc za starą już na sceniczne występy.

Choć tytuł mówi nam, że oglądamy różne tancerki, można odnieść wrażenie, że to jedna i ta sama kobieta – wszystkie bohaterki filmu to szatynki, dosyć do siebie podobne. Ten rozdźwięk między wyraźnym wskazaniem na siedem indywidualności a ich zlewaniem się w jedną postać jest zastanawiający. To zestawienie pozwala Kieślowskiemu uwidocznić dziwną sytuację solistki. Uwielbianej jako jednostka, ale nieuchronnie skazanej na zepchnięcie z piedestału przez inną primabalerinę.

Najlepiej istotę niezwykle wymagającego baletowego treningu zdaje się oddawać to, co do młodych baletnic mówi na początku filmu ich nauczycielka: „zamykamy korpus jak kielichy kwiatów”, a chwilę później: „tu jest środek, tu jakbym kijek wbiła, który przenicuje przez środek ciała”. Na ekranie widać zmagania podczas prób i przymus, jakiemu poddane jest ciało, by bezbłędnie wykonywać figury. Kieślowski zresztą bardzo chciał pokazać kontrast między morderczymi treningami a ich efektem w postaci pięknego, lekkiego występu scenicznego. Jak opowiadała w rozmowie z Michaliną Dolińską dla „Gazety Wyborczej” Ewa Wycichowska, jedna z baletnic, która wystąpiła w filmie:

Chcąc spełnić jego oczekiwania, specjalnie założyłam foliowe spodnie, które nie przepuszczały powietrza, i z partnerem Kazikiem Wrzoskiem kilka razy „przechodziliśmy” najcięższy duet, jaki w ogóle kiedykolwiek tańczyłam (…). Całość tańczyliśmy na ugiętych nogach w niesamowitym tempie, właściwie bez możliwości odpoczynku. Według Kieślowskiego ciągle byłam za mało zmęczona.

Ze wspomnień Wycichowskiej, którymi podzieliła się w tym wywiadzie, jasno wynika, że Kieślowski musiał reżyserować swój dokument, który wcześniej obliczył na określony efekt. Zresztą zdaniem primabaleriny „trafnie dotknął istoty bycia tancerzem”.

Film został w 1979 roku nagrodzony Grand Prix na Ogólnopolskim Festiwal Filmów Krótkometrażowych w Krakowie.

Autorka: Natalia Sajewicz, sierpień 2019